Już za nami. A jak było i co się wydarzyło ?
Jeszcze nie ruszyliśmy na trasę a już pokonaliśmy kilka przeszkód „nawigacyjnych”.
Przeszkoda pierwsza - jak dojechać na Mazury z dużą grupą ludzi w naszym przypadku 36 osób z dużą ilością bagażu , możliwie jak najtaniej? Podaję podpowiedź – byle nie IC. Otóż nowe w podróżowaniu pociągami nastało: najpierw trzeba załatwić zgodę na przejazd grupowy dla nas bielszczan przydzielono Kraków. Piszemy standardowy druczek ,na którym wypisujemy z dokładnością do 0,5 sek. Numer składu pociągu , jego godzinę odjazdu , kolejne połączenie i już wiemy ,że nie uzyskamy zgody na zniżkowy przejazd grupowy – powody za duża grupa, za dużo przesiadek i w ogóle IC na nas nie zarobi. Odwołujemy się do naczelnika wydziału – jest zgoda , ale tylko na odcinek BB-Działdowo. Resztę trasy musimy zaplanować inaczej bo przecież pociągi na nas nie będą czekać jak się nie zdążymy przesiąść. Interweniujemy u Dyrektora IC w Krakowie. Uzyskujemy zgodę na całą trasę. Viktory. Już myśleliśmy że to dobry morał do tej bajki. Otóż wszystko miało się dopiero zacząć. Bilety kupujemy pierwszego czerwca w kasie bielskiej IC , trwało to mniej więcej 25 minut bo na liście przewozowym trzeba znowu wypisać numery trzech składów, godziny odjazdów itp. , itd. wreszcie mamy upragniony bilet na 33 osoby bo tyle miało w pierwszej wersji podróżować. W ostatnim tygodniu dołączają do nas 3 śpiewające uczennice. W dniu odjazdu kupujemy 3 bilety na tę samą relację i wsiadamy do pociągu. Mimo , że jechał z „daleka” z Wisły konkretnie do Gdyni przez Warszawę to zasiadamy w przedziałach bez żadnych problemów. Z Bielska jedzie z nami grupa (z Technikum Ogrodniczego)także na Mazury. Tutaj zabijają nam 1 ćwieka – otóż nie ma takiego połączenia , które przez Działdowo pozwoliło by zdążyć na pociąg z Olsztyna dojeżdżający do Giżycka na 12.44. Udajemy się do kierownika pociągu by rozstrzygnąć ten nowy problem. Jeszcze przed Katowicami kierownik sprawdza połączenia w pięknej grubej księdze – połączeń. Jest po naszemu , ale powinniśmy to sprawdzić u następnego kierownika składu bo w Katowicach następuje wymiana obsady. Jak by Ktoś nie wiedział kierownicy zmieniają się w pociągu częściej niż podróżni. Stacja Katowice – przyjazd planowy – odjazd 1,5 godz. w plecy. Skład do Gdyni z Katowic czeka na pociąg z Zakopanego po połączeniu ruszamy w drogę. Takie opóźnienie jest już groźne dla naszego połączenia z Działdowa do Olsztyna więc udajemy się do kierownika pociągu.. Nasz pierwszy kierownik sprawdził , że wszystko jest OK. , ale dla pewności warto zacząć się dowiadywać. U pani Kierownik pociągu ; która zmienia się w Działdowie z następną obsadą ; dowiadujemy się ,że ludzie z Ogrodnika mieli rację nasze połączenie jest nieaktualne od 1.06. pociąg z Działdowa do Olsztyna wyjeżdża godzinę później i nie jest już skomunikowany z pociągiem do Giżycka /relacji Gdynia – Białystok /. Aliści do naszej pani Kierownik kolejka urosła bo za Warszawą pociąg przekroczył 2 godz. opóźnienia. Znajomi z Ogrodnika stają u bram „stajni Augiasza” nasza IC. Nasza interwencja przez panią kierownik u Dyspozytora w Gdyni nie wiele zmieniła – pociągi na siebie nie czekają bo po zmianie planów (1.06) odjazdów nikt nie pomyślał , że wszyscy jeżdżą pociągami po to by jak najszybciej dotrzeć na miejsce a nie po to by sobie pojeździć pociągami , po przesiadać się i pobyć na dworcach. Nas to właśnie czeka. Ach gdyby to tylko nas. Lekki tłumek indywidualistów i znajomi z Ogrodnika też maja problem bo spóźnienie przekraczające 2 godziny nie pozwoli im zdążyć na planowane przez nich z Iławy do Olsztyna (liną INTER REGIO) i prośby u tegoż dyspozytora z Gdyni nie pomogą bo to inne linie i nikt nie opóźni odjazdu pociągu jednej firmy dla drugiej. Wszystko już wiemy. W Olsztynie jak byśmy nie jechali to będziemy najwcześniej półgodziny po odjeździe naszego 12.44 do JUMY. Jeszcze raz po przesiadce w Działdowie napadamy kierownika składu do Olsztyna i już na lekkich nerwach wrzucamy dyspozytorowi z Gdyni co myślimy o IC. Olsztyn - nam nerwy opadły bo będzie dodatkowa przesiadka w Korszach i należy kupić bilet na relację osobową. A bilet z pociągu pospiesznego można reklamować w Krakowie. Giżycko powita nas 15.09 – autokar podstawiany w Giżycku na 13.30 telefonicznie przekładamy na 15.20 i liczymy na przyjazd bez opóźnień. Sprawę kolei na razie odkładamy na bok. Dzisiaj musimy jeszcze z Mirkiem Drużbackim i grupą 5 uczniów odebrać jacht z Rynu i przetransportować go do Kozina. Jest wesoło bo już 3 godz. mamy w plecy a przed nami szmat drogi. Kozin osiągamy o 1 w nocy. Ciepłe korytko 3 razy podgrzewane przez Panią „Łozię” czeka nas i świeże relacje o wysokiej sprawności bojowej całej grupy począwszy od rozbijania obozu po klarowanie sprzętu żeglarskiego. Śpimy spokojnie choć budzimy się w strugach zapowiadanego deszczu.
Podobno ma przestać lać około 14. Zwijamy się jak tylko namioty oblatują z większej wody. Mamy korzystny wiatr więc tniemy do starego kanału i wypadamy na Kisajno. Teraz mamy już halsówkę do miejsca postoju – o Zimnym Kącie zapominamy bo za daleko i zatrzymujemy się za dawnym poligonem. Wieczór przynosi przejaśnienia – korytko smakuje. Kolejny dzień jazdy nie jest za wiele bo tylko do Sztynortu , ale są wrażenia – uciekamy przewalającej się w okolicy burzy. Lekko nas skrapia poza tym wszystko OK. dojeżdżamy do miejsca postoju i organizujemy wyżerkę z młodych ziemniaków i maślanki do tego cebulka świeża i prażona. Po szybkim i dobrym posiłku – jedni zwiedzają Sztynort a jeden jacht 11 osób wyrusza na popołudniową wycieczkę na j. Dobskie. W drodze atrakcje świeże frytki i szanty z jachtem idącym także na Dobskie. Przed wyspą Kormoranów rozjeżdżamy się bo na horyzoncie ciężkie i szybko zmieniające się chmury. Kolejna burza , tej uciekamy bez deszczu inne jachty dostają kilka pięknych szkwałów i trochę pitnej wody. Koniec żeglowania na dzisiaj. Ranek budzi nas słońcem i wielką flautą. Udajemy się na Mamry. Po drodze kąpiel przy sztynorckich głazach, trochę wiosłowania i zwiedzanie bunkrów w Mamerkach nad j. Przystań. Kierujemy się do Węgorzewa i chcemy zorganizować nocleg jak najbliżej kanału-Węgorapy. Tylko stają namioty i kolejny deszcz przyjmujemy pod zadaszeniem. Rano szybkie zwijanie obozu i pędzimy na wiosłach do Węgorzewa – dzisiaj dzień sportowych atrakcji. Około 11.30 stoimy w porcie u Harcerzy i udajemy się do Gimnazjum Publicznego im. J.A. Helwinga w Węgorzewie. Jak zwykle wspaniałe przyjęcie przez Dyrekcję i pracowników szkoły i trudne mecze z gimnazjalistami. Zmęczeni po meczach i kąpieli choć zimnej udajemy się na organizację posiłku. Wieczorem jeszcze raz odwiedzimy przyjazne progi Gimnazjum i pozostaniemy na nocleg. Boże Ciało – wiemy że na pewno nie będzie padało podczas uroczystości a co po południu to się okaże. Jedno wiemy Węgorzewo to dobrzy ludzie , którzy zawsze są pomocni i ciepło przyjmują gości. W tym miejscu serdecznie dziękujemy za to spotkanie Pani Dyrektor Gimnazjum Marii Chludzińskiej , Panu Dyrektorowi Dobrowolskiemu oraz wszystkim pracownikom szkoły i uczniom gimnazjum.
Dziękujemy także panu Mirosławowi Mikołajewiczowi z UKS Koszałek Opałek , Panu Mariuszowi Niedziółka Dyrektorowi OSiR za wyciągnięcie pomocnej dłoni do proszących o nią nieznajomych a także dziękujemy ks. Rafałowi Chwałkowskiemu za wszelkie propozycje pomocy i współpracy złożone naszej grupie a tylko ze względu na aurę niemożliwe do zrealizowania. Jeszcze raz DZIĘKUJEMY.
Opuszczamy przyjazne progi Węgorzewa i nawet na holu wydostajemy się na Mamry . Zapowiada się cienko. Halsówka i to malejące 1 do 0 w skali Beauforta. Już mamy rezygnować z zobaczenia Święcajt gdy rusza wiatr i to w plecy. Wjeżdżamy na pełnym wietrze na Święcajty i po dojściu pod punkt widokowy z historycznym cmentarzem na szczycie wzgórza wiatr siada do zera. Posiłek , zwiedzanie , kąpiel wsiadamy do jachtów łapiemy za wiosła , próbujemy łapać hol a tu wiatr rusza i znowu w plecy. Majestatycznie i szybko mijamy najtrudniejsze nawigacyjnie miejsce wejścia i wyjścia ze Święcajt. Jednym halsem przedostajemy się do wyjścia z Mamr i na jeziorkach do mostu w dobrej 3-4 halsujemy pod prąd wszystkich zmechanizowanych i płynących pełnym na Mamry . Prawdziwa szkoła żeglarstwa – zwrot za zwrotem w wąskich przejściach. Robi się szaro gdy stawiamy maszty i wychodzimy na Dargin. Kierujemy się do Zimnego Kątu mamy pełny bajdewind i wydaje się ,że może być już tylko lepiej. Niestety Neptun do 22.30 dał co miał teraz wiatr zaczyna odkręcać i to dla nas niekorzystnie. Namierzamy się latarkami i w armadzie 3 DZ na żaglach i wiosłach podchodzimy pod wyraźnie rozbawiony tłum biwakujących przy 3 ogniskach na Zimnym Kącie. Nie możemy wcisnąć się nawet w trzciny. Jest północ a my szukamy miejsca na dobicie. Udaje nam się stanąć dziobem do pomostu a dwie Dezety cumujemy do rufy jedynej połączonej z lądem. Część załóg śpi na jachtach a niewielka część w przeładowanych namiotach szybko usypia. Nawet poranny przekropek nie budzi śpiących na jachtach. Wreszcie około 8.00 zarządzam pobudkę i anektujemy jeszcze żarzące się ognisko. Korytko mniam mniam , gdy już zaczynamy kończyć zwijanie obozu i pakowanie jachtów dowiadujemy się , że z lasu nie wróciło jedno dziewczę: poszukiwania dziewczęcia trwają 10-15 minut i około 1-1,5 godziny poszukiwanie grupy poszukiwawczej.
Wieje świeży i porywisty wiatr szybko opuszczamy Kisajno przeskakujemy na Niegocin lądujemy w Wilkasach na postój i większe zakupy przed końcem rejsu. Około 20 stajemy na ostatni postój w trasie na „Kuli”. Pogoda , pełen klar jachtów, kiełbaski , szanty wszystko wspaniale. Poranek niestety przynosi złe wieści – kradzież z jednego namiotu rzeczy dwóch dziewczyn. Są straty , w lesie znajdujemy część rzeczy ;co cenniejsze nasz nocny „przyjaciel” pozostawił sobie na pamiątkę. Ranek piękny , żeglarski – silny wiatr i słońce niestety chmury szybko gęstnieją a wiatr słabnie. Do Kozina dobijamy w pierwszych kroplach deszczu. Szybkie przepakowanie Dezety idącej do Rynu i wymiana załogi. O dziwo mimo fatalnej pogody idzie pełen zestaw 11 osób. Jazda na początku jeszcze niezła a deszczyk tylko dodaje smaczku tej wyprawie. Jeszcze przed kanałami łapiemy hol i nim wchodzimy pod most na kanale mamy już położone maszty i załoga zasłużenie odpoczywa śpiewając naszemu holownikowi szanty. Wychodzimy na Tałty szybkie stawianie masztów i jazda w strugach już deszczu do Rynu. Wszyscy łącznie ze sternikiem chowamy się pod plandeką i czekamy na jakiś zbawienny „hol”. Wreszcie łapiemy hol do Mrówek tylko , ale i to dobrze bo już tylko leje a niewiele wieje. Pod Mrówkami dziękujemy starszym panom dwóm i znowu wyczekujemy na cud. Idzie w kierunku Rynu piękny wycieczkowiec rodzinny pod niemiecką banderą . Wszystkie osoby na pokład i wzywanie , machanie , pantomimiczne prośby o hol. Udaje się – goście z Niemiec robią wokół nas kółeczko – bierzemy ich na litość pokazujemy wszystko co mamy jeszcze zmokłego pod plandeką. W drodze na szybkim holu proponujemy naszym wybawcom zamianę – nie chcieli skorzystać – już w Rynie oddajemy hol i głośno dziękujemy. Pozostaje nam oddać jacht odzyskać kaucję i wrócić do Kozina – co w sobotę po południu może być problemem. Bosman ośrodka GAT w Rynie Pan Borsuk pomaga nam załatwić transport powrotny – dziękujemy. Szybko jak na wszystkie przeciwności losu dojeżdżamy do bazy w Kozinie. Oczywiście tutaj wszystko już gra i buczy – nawet komitet organizacyjny Chrztu się zawiązał i przygotował już całą imprezę. Mimo deszczu impreza się udała. Deszcz nie opuścił nas już do wyjazdu dnia następnego. Pakowanie, zwiajenie mokrych namiotów to lubię. Jest dobrze , ale nie najgorzej jest zawołanie rejsu znowu się sprawdza. W Giżycku znowu wracamy do sprawy IC. Tym razem dzwonię do dyspozytora w Gdyni z prośba o możliwość wykorzystania w drodze powrotnej niewykorzystanych biletów na trasie Olsztyn – Giżycko. Po wysłuchaniu moich argumentów pan dyspozytor ; okazało się ,że ten sam z którym mieliśmy wcześniej do czynienia, znał sprawę i uznał nasze prośby za logiczne – dziękujemy za tę zdrową reakcję Panie Dyspozytorze. Do Olsztyna dojeżdżamy na stare bilety i mamy dużo czasu na wszelkie atrakcje: suszenie na dworcu kolejowym , Mszę św. specjalnie wyproszoną u ks. Daniela Pliszki w kościele przy dworcu. Olsztyn żegnamy w dobrych humorach i w słońcu. Iława to już ostatnia przesiadka na naszej długiej trasie. Czekamy na pociąg do Bielska – Białej na szczęście udaje nam się wsiąść i to już nam wystarcza. Od Warszawy robi się luźniej. W Bielsku dowiadujemy się , że pociąg opóźniony jest 30 minut , ale dojedzie godzinę później bo zmieniono mu godzinę przyjazdu w trakcie naszego rejsu. I to już wszystko – tylko kadra rano nie poszła spać , ale to już całkiem inna bajka.
Autor:Jan Bal